Nie zna żądzy. Nie może wykrzesać iskry żądzy w swoich przepełnionych gównem trzewiach. Żądzy tego, żeby wyróżnić się na tle innych, żeby zrobić coś więcej niż inni. Żądzę zastępują mu pierwotne instynkty i tymi się właśnie kieruje i do nich sprowadza swoje ambicje.

Nażreć się, nachlać i zaruchać. To życiowy cel! Najwyższe ambicje! Nacisk na nachlać, bo nażreć się można codziennie kilogramem ziemniaków z topionym smalcem i kiełbasą z końskich kutasów. Zaruchać też niełatwo, bo do tego potrzeba drugiej osoby płci odmiennej. I jej współpracy. A o to niełatwo. Łatwo jednak znaleźć podobnych sobie, pijaków. Upadłych. Moczących gęby w szklanach chamskiej wódy prosto z baku ruskiej cysterny. Nachlać się jest łatwo. A gdy się nachlejesz, to i brak ruchania przeżyjesz. Żarcie nie jest konieczne, na puste flaki procent lepiej wchodzi. To motłoch ekonomią. Ważną, bo ledwo go na to chlanie stać.
Jeśli jednak mu się poszczęści i Pan groszem sypnie, to w swoim prostactwie i tak nie wzniesie się na pański poziom, tylko zadłuży, wspomniany grosz zmarnuje na udawanie Pana i szukanie poklasku wśród sobie podobnych.

Bo nikt kundla nie napierdalał w szczenięcych latach, by nauczyć go tego, co mu naprawdę potrzebne. Nikt nie tłumaczył, że można inaczej, że można więcej. Nikt nie tłumaczył, że robota na taśmie czy kasie, studiowanie wyplatania koszyków, to nie jest spoko i fajnie, bo jest praca i szkoła. Nikt nie wytłumaczył, że idole z kolorowych pism, dzienników, krzykliwych programów i portali chujowych są podobnymi do nich ludźmi. Że tak samo wywodzą się z motłochu, a tym co ich wyróżnia jest konsekwencja w leczeniu swojej żałosności. Nikt nie wytłumaczył, że równanie do reszty to nie osiąganie jakiegoś poziomu, ale z jakiegokolwiek poziomu właśnie, degradowanie się do rynsztoka. Nikt tego nie wytłumaczył, bo klucz tłumaczenia dla motłochu jest zupełnie odwrotny niż powinien. Bo wtedy motłoch przestałby być motłochem.



I tu się kończą ambicje motłochu. Gar przekładańca ze świńskich racic z ziemniakami i smalcem popity szklanką taniej wódy. Odświętny wypad z kolegami od kielicha na zabawę w remizie. Zabawę kurwa jego mać. Stosunek z obrzydliwą, grubą lochą z krzywym zgryzem w remizowaym śmerdzącym sraczu z oszczaną deską. Ewentualnie na tylnym siedzeniu Golfa kolegi. Wiejsko stuningowanego, german style, wyglądającego niczym świnia obwieszona złotem.

Nie wie co to miłość, chociaż uczony jest o niej od maleńkości. Nie wie, bo uczony jest o niej od poetów, którzy o miłości nie mieli pojęcia. Zajmowali a pisaniem o niej, w czasie gdy obiekty ich westchnień ruchane były przez ich ojców, braci, kumpli od kielicha. Motłoch tak naprawdę miłości nie zaznaje. Nie umie, bo nie jest nauczony, czym ona jest. Ta jedna, jedyna, wielka, na wieki, jak go uczą. Nieskalana, piękna, czysta. Jakże taka może zakwitnąć w chorym i brudnym sercu do niej niezdolnym? Jak człowiek nie potrafiący pokochać siebie samego może pokochać innego?
Dlaczego nienauczony? Bo nawet wartościowe i piękne prawdy ma z gównem wymieszane. Jak człowiek nienauczony oddzielania ziarna od plew ma pojąć co jest wartościowe a co nie? Skoro od zawsze karmiony jest kultem cierpienia, męczeństwa, poddaństwa? Kultem boga krzyża. Co taki biedak może o miłości wiedzieć, skoro dla niego ideałem miłości jest poetycka autodestrukcja w wyniku odrzucenia?

Od małego ładowana do łba wierność ideałom. Nieważne jakim, byle ideałom, byle okraszać patosem i byle dało się nimi poprzeć kaprysy Pana. Tym oto ideałom wierny jest w gębie i gotów sączyć jad w ich obronie. Jednak konsekwentny w tym jak ten mały, parchaty kundel, co szczeka, póki Pan kijem po grzbiecie przejedzie, póki chamskiej mordy, łapiąc twardą ręką za obrożę, od koryta nie odciągnie. Bo taki musi właśnie być. Na smyczy prowadzony, by nie uciekał, z kagańcem na mordzie, by nie gryzł kijem karcony, gdy warczy. Żarciem i seksem kontrolowany. Wtedy to, gdy silną rękę Pana poczuje, na powrót jest tchórzliwy i posłuszny.

A chętny jest motłoch, by rozkazy Pana wykonywać. Chętny, by swoich szykanować. Gotów za każdą bzdurę zginąć, jeśli ręka Pana wystarczająco silna. Skory do nienawiści, gdy silny Pan sobie zażyczy. Jak gąbka mózg jego chłonie pańską indoktrynację popartą znakiem boga krzyża. Z łatwością programuje się na bycie gnojonym, przyzwyczaja się do trzymania swojej mordy w oborniku pod wpływem pańskiego obcasa przyciśniętego do potylicy. Pana uśmiechającego się przy tym, radośnie klaszcząc w rytm motłoszego wierzgania.

A Pan sam się z motłochu wywodzi, zrozumiał jednak co trzeba i nauczył się odróżniać świńskie racice od kawioru. Żądny władzy i mocy wie jak podlizać się motłochowi, by ten jego miał w uwielbieniu. Głaszcze po przetłuszczonych kudłach, łechce gardziel i drapie po brzuchu. A gdy ten staje się rozochocony, Pan upija go i gwałci, ku jego własnej uczesze przeplatanej z nienawiścią. Jak tanią dziwkę.

Ten, jak ta rumuńska dziwka, daje się gwałcić, jeśli tylko Pan do koryta taniego piwa doleje, order do piersi przypnie, wśród ziomków pochwali. Wtedy jest zadowolony, kiedy jest pańską osobistą dziwką, kiedy inni patrzą na niego z zazdrością, bo to jemu spadają ochłapy z pańskiego talerza. Ma prawo być zadowolony, w końcu sam sobie Pana wybrał.
Jeśli buntuje się i szczeka to po cichu, byle Pan nie usłyszał. A zawsze niewdzięczny i zawsze mu mało. Zawsze oszukany. Póki Pan kijem jego miejsca nie przypomni, wtedy na powrót staje się wdzięczny.

Każdy z motłochu chciałby być Panem. Każdy czuje się mądry, każdy czuje się wyjątkowy. Każdy czuje się specjalistą i każdy gotowy osądzać. Sam na wstyd odporny, lecz palcem chętnie drugiemu wstyd wskaże. Nie potrafi słuchać niczego, co nie pasuje do klucza. Nie potrafi docenić tego co wartościowe, samodzielnie myśleć.
Mimo to zawsze chętnie wysłuchuje o rzeczach strasznych i absurdalnych. Zawsze chętnie słucha o buncie, o narzekaniu. Zawsze chętnie wysłuchuje o podjęciu walki, lecz tej walki nigdy nie podejmuje. Nie podejmuje, bo samo to, że słyszy nie sprawia, że jakkolwiek to do niego dociera.

Ale potrzebny jest do tego, żeby dla Pana pracować. Nie da się go zlikwidować ani zmienić. Człowieka z braku żądzy wyleczyć się nie da.

Komentarze   

0 #3 Aleksander Ikaniewicz 2012-05-25 01:20
Teza z liceum, czy tam gimnazjum. Każdy tępak jakieś tam wykształcenie otrzymał i jakieś tam poetyczne archetypy zostały mu wpojone.

Chyba o to mi chodziło... %-)

Kiedyś może napiszę tekst o miłości i o tym jak ją widzę, to bardziej rozwinę temat.
Cytować
0 #2 Lizergus 2012-05-25 01:12
"Nie wie, bo uczony jest o niej od poetów, którzy o miłości nie mieli pojęcia. Zajmowali a pisaniem o niej, w czasie gdy obiekty ich westchnień ruchane były przez ich ojców, braci, kumpli od kielicha."
Po pierwsze, skąd taka teza?
Po drugie, skąd pomysł, że "motłoch" uczy się miłości z poezji - kto z takich osób czyta wiersze? %)
Cytować
0 #1 georg 2012-01-26 09:03
hahahah dobre
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież