Człowiek od zawsze w coś wierzył i wierzyć będzie, bo głupi. Wiara, w sensie teistycznym, jest tak ważna i powszechna dla ogółu, że jeśli wypełniasz ankietę w spisie powszechnym, jednym z pytań, obok płci, wieku, narodowości, znajdziesz pytanie o przynależność do związku wyznaniowego. Tak, jakby była to jedna z najważniejszych rzeczy określających człowieka. W gruncie rzeczy jest, bo człowiek jest jedyną istotą na planecie zdolną do wiary i podporządkowania swojego życia wobec ideałów. Nikt jednak nie pyta o sympatie polityczne, za które równie chętnie człowiek oddaje życie (jako jedyny gatunek na planecie), ale o wiarę właśnie. Jest to trochę żałosne, jako, że teizm jest smutną pozostałością po durnowatych czasach, w których potrzeba było wymyśleć, jaki bóg miota błyskawicami, jaki chochlik chowa skarpety, czy które krasnale zaplatają warkocze na byczych jądrach. Dzisiaj jednak, pomimo tego, że jasnym dla myślącego człowieka jest, że gobliny są bzdurą, ten w swojej głupocie i naiwności nadal przyjmuje za sensowną ideę boga, stwórcy i niewidzialnego, okrutnego policjanta. To fascynujące, dla ilu ludzi ma to sens.

Zastanawiał się ktoś kiedyś, na czym polega bycie ateistą? Bo i taką opcję zaznaczyć można w miejscu wyznania, gdy wypełnia się dotyczącą spisu powszechnego ankietę (dotyczącą chyba stopnia naiwności, chociaż szczerze wątpię, by była tak oficjalnie interpretowana). Otóż ateizm sam w sobie nie jest, pomimo tego co niektórzy idioci sądzą, wyznaniem, podobnie jak łysy nie jest kolorem włosów a głębokość waginy długością penisa. Łysy to brak włosów a wagina brak penisa (to zabawne, bo o łechtaczce powiedzieć można, że to tak naprawdę niewykształcony fallus).
Ateizm zatem nie implikuje z definicji żadnych konkretnych zachowań, czy postaw. Owszem, wiara, jako taka, powinna. Jeśli jesteś katolikiem, to winieneś chodzić do spowiedzi (zeznania pod przysięgą), przyjmować komunię (krew i flaki Zbawiciela) oraz bezgranicznie ufać swojemu papieżowi (nieważne czy przybija piątkę gwałcicielom dzieci, czy nie! wie co robi!). Ateizm jest po prostu brakiem wiary, a co za tym idzie, bycie ateistą nie zobowiązuje do żadnych zachowań związanych z nią. Brak wiary również nie może być wyznaniem, bo jest to po prostu pewien stan umysłu, w którym się wierze zaprzecza. Nic więcej, nic mniej.
Ateizm sam jako taki może przyjmować różne formy, różne warianty. Możesz być ateistą humanistą, ateistycznym nihilistą, czy ateistą zgrywusem (np nasz szef rządu, Donald klękający przy grobie Świętego Leszka Męczennika, populistycznie wszystkich mamiąc, jaki to nie jest wierzący).


Wśród wierzących postuluje jednak przekonanie, jakoby wiedzieli jak się ateista ma zachowywać w konkretnych sytuacjach, jakby fakt bycia ateistą implikował tenże konkretny system zachowań. Otóż nie, nic nie implikuje. Co więcej, może on robić w związku z byciem ateistą co mu się podoba, bo nie dotyczy go pojęcie grzechu i kary. Tutaj do głosu dochodzą inne zasady, kwestia innych filozofii, czy to hedonizm, nihilizm, humanizm etc W dodatku, jeśli nie przynależy do konkretnego klubu, nie jest również obligowany do przestrzegania konkretnych zasad względem religii. Może poza niewierzeniem, ale to też głupie, bo przecież nie wierzy. Gdyby uwierzył, to by przestał być ateistą (w tą stronę jednak to się nie dzieje, regres intelektualny nie jest możliwy).

 

chrystek


Ktoś się mnie niedawno zapytał, kolejny zresztą raz, czy obchodzę święta Bożego Narodzenia. Pewnie, że obchodzę, od zawsze. Podobnie Gwiazdkę obchodzą niechrześcijańscy Japończycy, ot dla fajnego klimatu, zabawy, podobnie jak katoliccy Polacy Halloween. Ludzie lubią wytykać innym hipokryzję, tak i tutaj usłyszałem podobny zarzut. Jakim prawem, chamie, obchodzisz święta? Jak jesteś ateistą, to wypierdalaj. Chamie. Tu odpowiadam, że jakim prawem nie? Nigdy nic, co by mnie do nieobchodzenia świąt obligowało nie podpisywałem. Nigdy tego też nie deklarowałem. Podobnie jak wiele innych ludzi, kieruję się w życiu własną, w konkretny sposób ukształtowaną, filozofią, indywidualnym systemem wartości. Jak każdy katolik, którego znam zresztą. Z tym, że, tu pojawiają się schody, ja mam do tego prawo, katolik nie. Katolik będąc katolikiem godzi się na konkretny system wartości określony w katechizmie i nauczany przez kościół. Nie ma od tego odstępstw i jeśli jesteś katolikiem, nie wolno Ci ruchać przed ślubem, ani walić gruchy, ani godzić się na wolność wyznania. Najczęściej jednak z ust katolików słyszymy, że nie mają oni nic przeciwko ruchaniu przed ślubem a inne wiary są spoko, bo to wszędzie ten sam bóg. Nie wszędzie ten sam, to bluźnierstwo. Życie wbrew zasadom katolicyzmu i nazywanie siebie katolikiem to również hipokryzja. Ateisty to nie obowiązuje. Jedyną hipokryzją związaną z ateizmem byłoby przyznanie teistycznego, wyższego autorytetu. To jednak mieć miejsca nie może, bo... już pisałem dlaczego.

Wolno ateiście obchodzić święta lub nie. Chodzić do kościoła, lub nie. Czytać biblię, lub nie czytać.
Kiedyś, jak byłem mały, mój chrzestny, jeden z najmądrzejszych ludzi jakich znam, powiedział mi coś w stylu "Olek, ja wiem, że niby powinienem ci mówić, że kościół spoko i bóg ważny jest itd. Ale to są jaja dla kobiet. Traktuj te bzdury z przymrużeniem oka i pozwól się im nimi cieszyć". Zajebiście mądre, szczere słowa. Będąc na święta w domu rodzinnym nie mam problemu ze zjedzeniem wigilijnej kolacji, nawet z modlitwą przed nią. Czemu miałoby mnie to wzruszać? Jedyne wzruszenie jakie wtedy odczuwam, to, że robię dobrze mojej wierzącej miejscami rodzinie. Zresztą czy mam obowiązek nie lubić pewnych głupiutkich zwyczajów, które uważam za urocze? Prawdopodobnie, gdybym był sam, nie jadłbym sam z siebie wigilijnej kolacji ani nie szukał specjalnie nikogo do łamania się opłatkiem. Aż tak też mi na tym nie zależy.

Jakiś czas temu powiedziałem dziewczynie, że poważnie myślę o apostazji. Stwierdziła, że nie będzie się do mnie odzywać, jeśli to zrobię. Czemu? Bo marzy jej się kościelny ślub. Mi w zasadzie też. Co się okazuje, Kościół nie ma nic przeciwko związkom małżeńskim katolików z osobami niewierzącymi lub innych wyznań. Wystarczy tylko, że się przysięgnie wychowywać dziecko w wierze katolickiej. Takiego wała z tym wychowywaniem, ale przysięgnąć można. Czemu? W domu kłamstw kolejne kłamstwo rozpatruje się w kategoriach dostosowania się, nie złego uczynku. Poza tym kłamstwo jest okej, jeśli służy dobrym celom. A tutaj dobrym celem jest suknia z welonem i cała ta zabawna, kościelna pompa. Jeśli się pomyśli o kościelnych sakramentach w podobnych kategoriach co o konwencie Star Wars, to jest to nawet całkiem zabawne.

Komentarze   

0 #2 Aleksander Ikaniewicz 2011-12-13 13:06
Jak napisałem - niekatolik może wziąć ślub z katoliczką, a statystyki buduje się na podstawie chrztu.

Fajnie argumentował swój przeciw dla ślubu ateisty w obrzędzie katolickim Kopt tutaj:
www.insomnia.pl/Dlaczego_atei%C5%9Bci_mog%C4%85_obchodzi%C4%87_gwiazdk%C4%99-t664893.html
Cytować
0 #1 Norbert 2011-12-13 12:33
Olku, dla mnie np. kolacja wigilijna jest czym innym, niż pasterka. A co dopiero ślub! Organizuje się u nas juz śluby humanistyczne, co by była pompa, więcej celebracji związku. Jednak pozostawanie w Kościele jako instytucji po to tylko, żeby wziąć ślub kościelny, jest moim zdaniem nabijaniem punktów Kościołowi. Niepotrzebnym. Widnieje więc tym sposobem 95% katolików w statystykach, a jak politycy antyklerykalni chcą zmienić prawo, to biskupy biorą to 95% jako argument i walą nim po łbie.
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież